środa, 23 września 2009

Wyjazd do Fieschu wersja robocza.
Po przyjeździe z Polisch Open w Bułgarii,myślałem że to koniec sezonu, ale po ciężkich rozmowach z Żoną udało mi się załatwić jeszcze 3 dni na latanie.
16 sierpia dzwoni do mnie Robert, zaraz po nim Heniu, Chłopaki mówią że ma się robić warun w dolinie Fieschu.
Nie musieli mnie długo namawiać, tym bardziej że Muzyk tydzień wcześniej walnął 200,01(jak on to wymierzył) Właśnie tam. Zabieram Roberta i Marcina z Bielska i ruszamy do Lubinia po Henia.
Pakujemy graty i ruszamy. Na miejsce docieramy Rano ok dziesiątej, Pakujemy sprzet i od razu na start, Warun super trochę trzepie ale tutaj to norma, Stratus dobrze radzi sobie w takim termicznym młynie. Wieje dość mocno z Północnego zachodu. W miarę upływu czasu wiatr wzmaga się Ruszam na południe aby rozciągnąć ramie" Fajki" ale po przeleceniu 10 km odwracam bo pod wiatr mam już ledwo 10 km na h rezygnuję z dalszej drogi i wracam powoli w kierunku Briegu. Pierwszy dzień nie był łaskaw, choć spędziłem w powietrzu 6h.
Drugiego dnia jesteśmy już wypoczęci wyspani ruszamy na start z nową energią, dzisiaj jest ten dzień, prognozy podają słabszy wiatr.
Startuję jako pierwszy ale mam splątane linki i muszę lądować aby rozplątać wezeł. w powietrzu widzę już wszystkich szybko startuję chłopaki już na pierwszym przeskoku, mam 15min w plecy, Obserwuję falowanie chmur, dopasowuje bele do odpowiedniej fazy i szybko odzyskuje stratę, lęcę w kierunku Furki po skałach z tyłu reszta wali przodem i tam idzie im wolniej, Robię przełęcz choć nie do końca. Zawracam i lecę na zachód wracam już wysoko po chmurach, terma już wyrywa myśli z głowy. Jestem nad startem tu mnóstwo glajtów lecą w różnych kierunkach. Dokręcam chmurę i skok przez lodowiec Aletsch (najdłuższy lodowiec w Alpach), Piękny widok, pierwszy raz w życiu zapuszczam się w takie zakątki, totalnie bez dolotu do cywilizacji ale terma działa jak w zegarku. Nad Bietschhornem spotykam jakiegoś miejscowego fachurę ale on skacze jeszcze w głąb na N, przez jeszcze jedną dolinę, zastanawiam się chwilę ale nie lece za nim, wygląda na to że chyba nie leci trójkąta. Znowu lecę sam. wracam z pasma cofniętego na N w kierunku doliny Fieschu i to był błąd, teraz mam przed sobą przebudowane chmury a tam na N swieci pięknie słoneczko. dogania mnie dwóch pilotów, na wyczynówkach, od razu mi raźniej, lecimy pod tymi chmurami niestety noszą bardzo słabo, dzięki współpracy kręcimy jakieś jedynki po 100 m i dalej tak przez parę km w oddali widzę już wracającego "fachurę" z pt zwrotnego za Sionem, zdaję sobie sprawę że mam już jakąś godzinę opóźnienia, no cóż płacę frycowe za nieznajomość terenu. Jakimś cudem dolatuje do końca ciężkich chmur. robię max wys i teraz trzeba wrócić pod tym "dachem" totalny kwas, zero noszeń spadam na jakieś 1500m i dopada mnie na dodatek lekki deszczyk coś łapię podkręcam z 700m i znowu doły dalej już nie dam rady jedyna szansa to skoczyć na N stoki doliny Fieschu. Widzę kilku pilotów którzy robią to samo wbijamy się dość nisko ale w dobrze nasłoneczniony stok coś łapiemy podkręcamy przeskok na następną grań i tam już jest nieźle wyjeżdżamy prawie na 4000 Widok jest niesamowity. Wiem już że nie będzie lekko zrobić pt. zwrotny przy Weissmiesie na S, od Materchornu nadciąga potężny cumulonimbus zasłania skutecznie całą gran idącą w kierunku Weissmiesa. Jest ok. 6 wieczorem słońce nisko. Nie będzie lekko próbuję lecieć jak najgłębiej pod ostatni normalny cumulus, dokręcam podstawę jest już na wys 4500 nieprawdopodobne, ruszam na S ile się da w totalny cień ale nic nie nosi, jeszcze chwila i będę miał problem z dolotem do grani postanawiam zawrócić jeszcze raz robię wysokość udaje mi się zrobić 4800 na skraju chmury, no to teraz lecę ile wlezie w cień, aby rozciągnąć trójkąt, patrzę na truckloga chyba wystarczy zawracam i teraz pozostaje mi już tylko doczołgać się Fieschu. Wykręcam się przy skałach w totalnym cieniu udaje się dolatuję do doliny, teraz 10km i jestem na miejscu, wcześniej padał tu deszcz i mimo tego że skały są jeszcze oświetlone, nie noszą kręcę jakieś totalne pierdy i ciągle zbliżam się do celu jestem już bardzo nisko ale jakimś cudem dolatuje do linii kolejki ale nie jestem w stanie nad nią przelecieć pod nią też trochę się boję, oblatuje ją w koło i loduje na polu obok lodowiska, jestem ostatnim pilotem który doleciał, jest juz totalnie szaro. lot trwał 9h i 10min. wszyscy już dawno poskładani. jedziemy na camping, sprawdzamy loty, okazuje się że wszyscy pobiliśmy swoje rekordy.
Marcin Zawizalec 127 FAI
Robert Wójcicki 164
Heniu Zjawin 166
no i ja 201.60
Trzeciego dnia Startujemy wcześnie, warun wygląda rewelacyjnie, szybko do Furki i z powrotem
tym razem lecę totalnie sam ale idzie wyjątkowo dobrze ok 15 jestem już na zachodnim pt zwrotnnym w myslach widzę już 230 km
Wszystko idzie pięknie, Heniu melduje że padł na przeskoku w kierunku S ale nie robię sobie z tego problemu ,myśle że po prostu "skakał" ze zbyt małej wysokości, dokręcam ile wlezie i skaczę a tu po drugiej stronie na grani idącej w kierunku S zaskakuje mnie bardzo silny wiatr z SE, spłukuje mnie do samej ziemi w dolinie wieje już ok 40 km/ h. Zlekceważyłem ostrzeżenie Henia i wylądowałem obok. Robert wylądował gdzieś na grani na zawietrznej na szczęście bez problemów, teraz składamy graty i do Polski z małym niedosytem, ale zadowoleni.
Załapałem bakcyla Fieschu. We wrześniu uderzyliśmy jeszcze raz tym razem pogoda nie pozwalała na długie przeloty ale za to pod względem zdjęć i Widoków było niesamowicie.
jednego dnia byliśmy w Grindelwaldzie i tam latałem na termicznym żaglu przy N Ścianie Eigeru. Miałem okazje z bliska widzieć miejsca w których zginęło tylu wspaniałych alpinistów.
Ale o tym to innym razem.
We Wrześniu postanawiamy wyskoczyć do Szwajcarii (Fiesch) Szwagier Piotrek, Filip, Adaś Foreman, Zupa i ja. Nasz ulubiony camping nad rwącą rzeką, jest niestety nie czynny. Musimy zacumować w centrum Fieschu, pod kolejką, tam spotykamy Tomka Pankiewicza który w raz z rodziną, przybył na miejsce dzień wcześniej. Prognozy wyglądają nieźle. ano udeżamy na kolejkę jedzie trochę glajciarzy wiec chyba będzie dobrze. Na start musimy trochę poczekać ale ok 12 startuję jest naprawdę słabo, próbuję przeskoczyć dolinę w kierunku Furki ale tam jeszcze wtopa zjeżdżam do totalnego parteru jestem może 200m nad lądowiskiem wklejam w jedyną skałkę wśród lasu i coś mam strasznie wąskie ale jest, szarpie, ciągle wyrzuca ale jakimś cudem, chyba siłą woli robię wysokość. Widzę glajty już bardzo wysoko na sobą- musiało ruszyć, dokręcam nad startem chyba 3000mnpm i robię przeskok jeszcze raz tym razem idzie jak po maśle, lecę w kier Furki dokręcam chyba do 4000 tys myślę że będzie super ale zaraz potem, mam już na liczniku tylko 20 na h, no to będzie ciepło wpadam do środka doliny miedzy dwie granie schodzące ku S, tutaj spotykam totalne rodeo, z 3500 jestem w momencie na 2000 tu łapie ostry komin znowu wykrętka na 3800 ale pod wiatr mam już tylko 10km/h znowu powtórka z rozrywki zjeżdżam do parteru i oczywiście komin to już czwarty raz walczę w nim o utrzymanie szmaty nad głową mam dość rezygnuję mam ok 5 km do Furki i odwracam z wiatrem dochodzi do 80 na h, w momencie jestem z powrotem, na starcie tu jakby nie wieje, latam jeszcze jakiś czas, ale odpuszczam i ląduje w Fieschu. Okazało się że chłopaki lecieli za mną i jak zobaczyli moje akcje, zawrócili. Wszyscy cali i zadowoleni lądujemy, wieczorem mała imprezka i do spania.
Drugiego dnia wyruszamy wcześniej, niestety na starcie wieje dość mocno, długo czekamy ok 1 Tomek, zniecierpliwiony całą sytuacją zjechał na dół, melduje że na lodowisku są jaja z wiatrem, jeden gość przywalił a wszyscy mają problemy z podejściem. wobec tego rezygnujemy, składamy glajty i idziemy na kolejkę. Widzimy że jakby trochę osłabło startuje jakiś tandem i o dziwo łapie dobrą termikę ja jednak namawiam do zjazdu aby sie poskładać i jechać do Brunico tam ma wiać słabiej. Filip jednak upiera się i wraca na start, no cóż zostałem przegłosowany, po chwili widze go już na 4000 tys terma jest super latamy nad startem do 4200 piękne widoki w powietrzu tylko żywiecka grupa żadnego szwajcara wiatr ustał totalne mleko robimy foty. Dobrze że odpuściłem latamy nad lodowcem Aletsch, potem skok na drugą stronę tam mam wtopę zawracam i ledwo przelatuje nad granią Egishornu ale oczywiście tu znowu wyjazd, za sobą widzę Adasia który śmiga po drugiej stronie w najlepsze a ja tu odpuszczam, po wylądowaniu okazało się że adaś poleciał tam z małej wysokości i stwierdził że przecież tam musi być terma. Tego dnia jest naszym Bohaterem.
Trzeciego dnia postanawiamy pojechać do Grindelwaldu Mocny N wiatr odstrasza nas od Fieschu rano składamy namioty i ruszamy zatrzymujemy się na przełęczy ostatni rzut okiem na S i dalej. Na miejsce docieramy ok. południa szukamy parkingu i szybko do kolejki na first, szczyt położony na przeciwko N ściany Eigeru. Startujemy dość późno ok... przed nami odpala kilka glajtów ale niestety idą w dół jak kowadła start ustawiony jest na E a wieje z N ciężka sprawa ale jakimś sposobem trafiamy idealnie wykręcamy sie wszyscy Ja postanawiam nie lecieć na krechę w stronę ściany obieram okrężną drogę wykręcam podstawę 3200mnp i lecę na grań odchodzącą od Eigeru w stronę NW tam na końcu łapię komin trochę slaby ale podkręcam go gubiąc kilka razy trzon. tu chmury sa na wys 3000mnpm trochę nisko do Szczytu mam ok 10km. Tu wiatr zachowuje się jakoś dziwnie wieje od Eigeru ale strome ściany opadające po W stronie ku dolinie........... są mocno nagrzane W powietrzu jest trochę dziwnie : wszystkie zachodnie zbocza dają terme ale chmury od ich strony są stosunkowo nisko potem wlewają sie na zbocza NE i tu odziwo podnoszą sie o jakieś 600m i tam właśnie robię wysokość momentami nawet 3200 wygląda to jakby wodospad.chmury przelewają sie nad niewidoczną skałą. Niesamowity widok.
lecąc pod takimi właśnie dopadam ścianę na wys 3200 i tu o dziwo w całkowitym cieniu nade mną całe niebo, jadę na termicznym żaglu troszkę szarpie robię zwrot i znowu ale oddalam się od ściany, "boje się przytulić" gdyż momentami jest nachylona nade mną, tu często schodzą kamienne lawiny boje sie że coś może spaść mi na głowę, pewnie gdyby nie to doleciałbym do samego szczytu ale widzę jak na dłoni Białego pająka it te pola lodowe, skała oblana lodem, nieprawdopodobne. Jestem tu gdzie tylu śmiałków straciło życie. Ściana robi wielkie wrażenie. Jest kilka razy większa niż te które miałem okazję podziwiać z bliska w dolomitach (s Marmolada) co jakiś czas robię foty lecę w stronę E i tu pod nogami jakieś 600m niżej widzę malutkiego glajcika, okazuje się że to Filip też zwiedza Eiger on obrał drogę na skróty. robię fotosa. przelatuję jeszcze raz ze wschodu na zachód ale tym razem jestem już za nisko coś jeszcze podnosi ale generalnie idę w dół latam jeszcze jakiś czas ale już coraz niżej W końcu ląduje. Na lądaowisku już cała nasza grupa, Każdy w totalnym amoku, każdy miał takie widoki o jakich nie śnił.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

PWC Francja

Na miejsce dotarliśmy w sobotę rano, rozłożyliśmy graty i ruszyliśmy na start dzień treningowy.
Przepiękna okolica, ( jezioro w kolorze bluee..... otoczone stromymi górami)
Po całonocnej jeździe, nie mam zbyt wiele siły. Postanawiam oblecieć jeziorko w koło. Po starcie i wykrętce widzę z tyłu Mt. Blanc, cały biały (4807 mnpm najwyższy szczyt Euro) troche burzy mi się plan lotu, ale po chwili decyduje się na oblot wkoło jez.
Początkowo piękne skały po stronie W jazda po prostej potem przeskok przez dolinę, nad krawędzią jez na drugą stronę doliny tam wbijam się dość nisko ale wszystko działa jak w książce
Znowu po grani co ciekawe okazuje się że zarówno E jak i W strona nosi znakomicie lecę wzdłóż potem przeskok i jestem znowu nad startem dolot do lądowiska ok, 3 h w powietrzu dość.

Niedziela- pierwszy dzień zawodów rozpisują trasę taki zygzak ok 60 km. Niestety warun jest cienki i na dodatek zbliża się do nas front od NW na start wpuszczają wg. literek kwalifikacyjnych. Katastrofa stoję w upale ok h. gotowy do startu masakra (myślałem że może będzie moment że się komuś nie będzie chciało startować i wskoczę jakoś wcześniej (dupa)
No w końcu dochodzą do lit D takową posiadam. W powietrzu jest już ok. 60 pilotów, min Łosoś który walczy ze swoim glajtem gdyż przed startem zmienialiśmy podwiązanie sterówek i niestety coś przeoczyliśmy. po paru min ląduje. Czas jest liczony indywidualnie, ale od razu widać że trzeba się śpieszyć i gonić czołówkę bo niebo zaciąga się dość szybko lecimy najpierw na pt oddalony ok. 15 km na NE wbijam się w zbocze, niestety poniżej podnóża skał i tu pierwsza postojówka. Powoli robimy wysokość lecę w grupie 7 glajtów potem idzie doskonale, nadrabiamy stratę, wbijam się skały nad lądowiskiem wiatr wzmaga się, niebo zaciąga się chmurami zmierza ku nam opad, ale mamy jeszcze trochę czasu, robimy pt nad środkiem jeziora i ponownie na N tym razem po skałach nad samym brzegiem działają super część grupy poleciala odcinek tylnią granią, na wys Annecy wieje już bardzo mocno (ok 30 km/h) pozostaje do zrobienia pt na płaskim oddalony od grani 3km, robię wysokość i lecę ale wiatr jest coraz mocniejszy widzę pierwszą grupę która wbiła się już po zrobieniu felernego cylindra w tylnią grań. Moment zastanowienia i podejmuję decyzję że wracam na tą ktorą przyleciałem, tym sposobem jeśli uda mi się dolecieć do niej rysnę ich, ale (czy zawsze musi być ale)
Lecę z gościem na U4 on jest z 50 m wyżej trochę z tyłu pełna bela i ... ok 500 m przed wpadam w wiatr 40-50 km na h na pełnej beli mam jakieś od 5 -15 na h, masakra trochę rzuca ale ciągle lecę do przodu co będzie przy skałach w końcu dobijam się do nich ale tam wiatr ześlizguje się po niej ciągle nie mogę przebić się na nawietrzną, gość nade mną już jest brakuje mi może 50m gdy dostaje w końcu Tą bombę spadam ok 50m i teraz już wiem że nie mam szans po odpuszczeniu beli lecę w tył za mną masakra muszę wcisnąć znów fula, na szczęście silny wiatr stłumił termę i daje jakoś radę oddalić sie od grani ląduje na łące gdzie czeka już na mnie 15 pilotów którzy obserwowali moje wyczyny klepia po ramieniu i mówią że fajne małe acro.
Dojeżdżamy na lądowisko i tam okazuje się że cała grupa lecąca tylnią granią doleciała i mój kolega na U4 też, ale task został anulowany, z powodu złej pogody. Na mecie była takrze Klaudia, Bartek, i nasz X Alpowiec Filip na swoim nowiuśkim Bumie 6
Fajnie bo to dobrze wróży, chyba szmatka mu siadła, w zawodach uczestniczy kilku X Alpowców
Heli, Coconea,Roni, Filip całkiem nieżle przynich wypada.

Wtorek
Od rana niebo totalnie zasnute niskimi chmurami, wszędzie mgły, ale prognozy glosiły poprawę od południa. 11.30 Wyjeżdżamy na start, tutaj siedzimy ok. 2 h. W końcu mamy task najpierw 66 km. potem skrócony do chyba 55.
Oczywiście czekam na swoją kolejkę, na szczęście nie jest tak upalnie i starty idą dość sprawnie.
Cylinder startowy otwiera się o 16,45 po starcie szybko lecę w jego kierunku mam opóźnienia 30 min ale jestem przed cyl 10 min. jest ok robię wys. do pierwszego pt lecę powiedzmy ze stratą 2min, ale po zrobieniu wysokości decyduje się jak zwykle na samotny lot w kierunku drugiego cyl. wszyscy lecą trochę okrężną drogą w kierunku dobrze oświetlonych skał. Ja zauważam że zmienił sie troche kierunek wiatru i wieje w taki sposób że wydaje mi się że uda mi się na zaglu skrócić drogę co dało by oczywiście pewną przewagę, niestety okazuje się że nie wieje idealnie i robienie wysokości zajmuje wiecej czasu niż się tego spodziewałem, ale jakimś cudem udaje mi się przeskoczyć przełączkę dzielącą dwie granie, wlatuję na niby nawietrzną a tu nic widzę Urbana Walicza który wymyślił jeszcze wolniejszy patent w koncu dobijamy do skał nad którymi krąży chyba ze 100 glajtów tylko że ok 500 m wyżej mozolnie robią wysokość, cirrus zakrył całe niebo i terma siadła prawie do 0 bardzo powoli troche na żaglu trochę na bąblach zdobywamy wys. U podstawy tniemy już na termicznym zaglu wzdłuż skał w kierunku następnego pt.
Po zrobienu są dwie opcje przeskoczyć od razu na druga stronę jez(ale dość ostro pod wiatr) lub polecieć po skałach (wersja dłuższa w km)tą samą stroną i uderzyć na pt po najkrótszej drodze przez jez. z bocznym wiatrem. Częśc zawodników wybiera na skuskę m in Łosoś , ja natomiast wybieram dłuższą ale pewniejszą. Wieksza częć zawodników lecących na skuśkę zrobiła pt i wróciła z wiatrem w kierunku takiej "płetwy skalnej na której był żagiel jedyna opcja na wykretkę, bo niebo już całkiem zasnute. Mojej małej grupce udaje sie skok i nawet troche nadrabiamy ale na płetwie nie ma już ani troche termy, rzeźbimy na zaglu ok 30 paralotni. Nie udaje nam się już zrobić takiej wysokości jaką miała grupa przed nami decydujemy się na skok przez jez w kierunku ostatniego pt. Większ acześć grupy decyduje sie na skok pod kątem prostym na drugi brzeg w kierunku skał a ja i jeszcze kilku gości przedemną lecimy prosto w kier. na pt po drugiej stronie jez, po drodze widzimy że nasz pomysł okazał się troszkę lepszy bo uwiosłowaliśmy ze 2 km dalej niż reszta ale i tak wylądowaliśmy na ladowisku nie zal ostatniego cyl. po tym mieliśmy już 10 km z mocnym wiatrem na metę.
Okazalo się że trasę zrobił tylko 1 pilot Hiszpan, reszta padła pare km przed nie mam pojęcia ktory jestem ale myśle że ok połowy stawki.
To tyle z dzisiaj idę jeszcze na chwilę na imprezkę i spać. Jutro ma być mega warun
Pozdrowienia dla wszystkich czytających również od Tomka Pankiewicza naszego byłego kadrowicza lata z nami i wraca do formy.

Czolem
Dzisiaj miał być mega ale było lekko średnio
Początkowo rozpisali task 72km ale po długim oczekiwaniu zmienili na 49 km i indywidualny czas, Start miałem fatalny myślałem że wyląduje ale po dlugich męczarniach udało mi sie wykręcić. Do okna startowego wszedłem dość wcześnie z planem go opuszczę i wejdę jeszcze raz, ale wykrętka szła tak słabo że stwierdziłem że pewnie i tak nic z tego dnia nie będzie postanowiłem lecieć i to był błod po może 30 min terma działała już zajefajnie, dalej szło całkiem nieżle ale moje wczesne wejście do cyl zaważyło na wszystkim na koniec zrobiłem jeszcze jeden błąd, nie wieżyłem że z wysokości skał dolnego startu da się przelecieć 10km do mety gps pokazywał dosk 16 zostałem na skałach 10 min i zrobiłem 100m wys na mete przyleciałem oczywiście 100m nad wszystkimi a grupka leciałem przyleciała 10 min przed na 20 metrach nad ziemią. Kiedy wreszcie zrobie coś mądrego na trasie- chyba nigdy. może to czas aby odpuścić zawody.

czwartek
To była najdurniejsza decyzja jaką podjąłem nie pisze już wiecej dałem dupy po raz enty.
Przepraszam wszystkich czytających.

wtorek, 19 maja 2009

Pre Euro Championship Abtenau 2009



Do Abtenau dotarłem wraz z Karoliną, Bartkiem i Klaudią zaraz po zakończeniu Mistrzostw Czech, nie pisałem o nich ponieważ nie miałem dojscia do internetu. Znaleźlismy mieszkanko, dolączył do nas luzak z Portugalii Claudio. W niedzielę rano do kościółka a potem na start.
Wywieźli nas na górkę o przewyższeniu 800m w pobliżu Dachstein, dzień treningowy, początkowo cumulusy były na wys 2800m ale po 2 h już na 3600, Piękne widoki niestety w pobliżu Szczytu wiatr wiał z siłą 50km/h, wolałem nie podlatywać blisko.
Pierwszego dnia zawodów część pilotów pojechała na wycieczkę do Salzburga a pozostali probowali polatać pomiędzy opadami.
Dzisiaj jesteśmy już po 3h oczekiwaniu na starcie, zaczęła się impreza, wsuwamy potrawy z grila, naprawdę do syta i smacznie, Mam nadzieję że jutro pójdzie task, przynajmniej prognozy są optymistyczne.

20.05.2009
Poszedł task.
Nie mogę powiedzieć że był dla mnie szczęśliwy, Zaraz po starcie duży krawat kilka zwitek w spirali udało, mi się wyciągnąć kawałek za luźne linki, po tem już dało się utrzymać kierunek, powoli rozłożyłem skurczybyka. Straciłem trochę psychacza, dalszy lot przebiegał w miare spokojnie, niestety leciałem już powoli, wyników jeszcze nie ma , ale myślę że bedę ok. 50.
Po pierwszej konkurencji jestem 64.(można powiedzieć żem jest dupa)

21.05
Oczywiście start znowu zepsułem, tym razem 14min przed otwarciem okna byłem wśród 4 pilotów na 3500 reszta krążyła mozolnie pod nami, wpadłem na "świetny" pomysł że znajdę następny jak wcześniej- niestety.
Otwierałem trasę 1000m pod wszystkimi total kanał. szkoda że nie zrobiłem zdjęcia 130 szmat w jednym kominie pod chmurką, Postanowiłem że skoro jestem już takiej dupie nawet nie mając dolotu do następnej grani, poleciałem na dużym ryzyku, ale o dziwo coś tam zadziałało i powoli zrobiłem wysokość i gaz na punkt. Mając ok 4 km do p za Dachsteinem mijali już mnie pierwsi zawodnicy, lecący zpowrotem w kierunku ost. p. Po zaliczeniu cylindra wiedziałem że jeśli polecę za resztą to na mecie będę ok. 60,70 miejsca i znowu postanowiłem zaryzykować rzuciłem się na skuśkę przez płaskowyż Dachsteina i w miarę to działało nadrobiłem ok 5km do czołówki troche niepotrzebnie kręcilem komin przed ost p. bo na metę doleciałem mając 700m ale to już szczegół. Wyników jeszcze nie ma ale chyba będzie lepiej niż wczoraj.
Nie było zle byłem 35 ale to liczenie pt. jest dziwne, chociaż sprawiedliwe bo cała trase byłem z tyłu tylko na koniec podgoniłem, wiec nie dostałem pt za aktywność.
Doskonale spisuje się nasz kolega z Portugalii Claudio po 2 taskach jest 4,
1 Durogati A
2 Druin S
3 Savov J
4 Claudio Virgilio !!!

Nam niestety idzie marnie
chociaż patrząc na latanie Bartosza myślę że za rok może dwa bedziemy mieli komu kibicować. Kolega Bartek powiedział że lata dopiero 2 lata i już walczy jak stary zawodnik. choc jego psycha i cierpliwość jest bardzo słaba, na szczęście Klaudia go prostuje.
Wieczorem do Abtenau dotarli moi Ziomale, Saper, Gaździna i Kleja z Ewą. Aga zrobiła dwa piekne przeloty w Tolminie

Poszła konkuręcja wiało raczej bardzo mocno momentami pod wiatr stało się w miejscu.
Trasę rozłożyli jak na takie warunki bardzo dobrze. Jako start ustawili cylinder oddalony pod wiatr jakieś 1500 m na tym odcinku straciłem jakieś 800m, potem nie miałem już wyboru znalazłem się na srodku doliny gdzie wiało jak fiks na szczęście zlapałem jakieś szarpnięcia zdryfowalem w nich nad taką górkę na której opierał się wiatr jazda na maxa 50m nad glebą ,pode mną z prawej druty z wysokim nap.troche na żaglu trochę na termie wyrzeźbiłem jakieś 150m i odszedłem w prawo na mocno nasłonecznione zbocze na zawietrznej w karkołomnym kominie wyjechałem w końcu na dużą wysokość, wszystko trwało ok. 40, 50 min.
Czołówka oczywiście mi odleciała, dalej szlo mi juz całkiem nieźle, regularnie kominy odchodziły z nawietrznych stron grani, Raz wyjechałem prawie na 3 tys i z wiatrem bez spida miałem 89km/h . wykręciłem ostatni i ruszyłem w stronę mety wario pokazywało dosk. 8 a że było z wiatrem stwierdziłem że dolecę bez problemu.na 4 km przed metą dostałem poważną niesygnalizowaną bombę spadłem ze 100m i nagle mój dolot diabli wzięli ponieważ przede mną była grań której z tej wys nie byłem w stanie zrobić, grzecznie zawróciłem w parę min potem wylądowałem na eleganckiej łące, kolega który leciał za mną oczywiście doleciał. Ale jest też dobra wiadomość, mój wspólnik z pokoju Claudio Virgilio po tym tasku wejdzie chyba na 1 miejsce. Na mecie było 26.
Bartek po tasku straszniie się zdenerwował i razem z Klaudią piszą protest. Czyżby Bartek przejął pałeczkę po Malim.
Claudio jest pierwszy rysnął Jasena tylko o 1 pt. no to pijem.

Dzisiaj rano tj w niedziele Potwierdzamy wiadomość za 0.5h będzie rozdanie nagród Walter jeszcze o tym nie wie ale jego "teamowy" Claudio wygrał m.in dzieki wariometrowi oczywiście firmy Flymaster. Mam nowe wiad Firma wypuszcza za ok. miesiąc nowy model połączenie waria z gpsem.

Dobra a teraz nie o lataniu. W pon była niezła imprezka Jasen miał urodziny
we wt. porawka.
Sroda i czartek latanie, wieczorem znowu impreza, pt odwiedzamy targi paralotniowe, tam spotykam Polaków: szkołe Witka Sasa, Ewe Wiśnierską, i kolegow Claudio, cały team Fly Master. Claudio co dzień rano wita nas po polsku dziendobry, przed obiadem mówi I must say somethink ... śmaćnego. mówi że jesteśmy PO team. Generalnie to niezły jajcarz.

Po team

poniedziałek, 9 lutego 2009

Wyprawa Australia - Manilla


Decyzje o wyjeździe podjąłem dość późno i oczywiście załatwienie spraw pochłonęło wiele nerwów i energii.

Z Żywca wyjeżdżam z Adasiem „Foremanem” (Latocha) Pierwsza faza, to dostać się do Londynu stamtąd do Sydney. Mamy wykupiony bilet na tanie linie lotnicze z Katowic.

Z wiadomości dowiadujemy się coś o śnieżycy w Londynie, ale jesteśmy dobrej myśli, w końcu to Londyn, tam śnieg się długo nie utrzyma. W momencie kiedy mamy wsiadać do samolotu lot zostaje odwołany.

Dzwonie do Szwagra i do Malego czy jest jakiś inny lot do królestwa Elzy. Mali nie odbiera a szwagier znajduje połączenie, ale mamy do odlotu z Krakowa! 1.45 h . Szybka decyzja i gaz do dechy. Do Balic docieramy na pięć min przed zakończeniem odprawy.

W Londynie gości nas Paweł z Grupy 303. Mała wódeczka trochę wspomnień, gadki o rożnych sprawach. Okazuje się, że Paweł to nie tylko bardzo utalentowany pilot, ale i artysta, mistrz kamienia. Spędzamy tam nockę, a rano docieramy na lotnisko furą Pawła.

Lecimy do Abu Dhabi przesiadka i dalej do Sydney.

Tutaj oczywiście też nie obchodzi się bez problemów. Pani przy odprawie Paszportowej kieruje mnie do urzędu emigracyjnego.

Po około 0.5h okazuje się, że się pomyliła, myślała że jestem Filipińczykiem (no przecież wyglądam jak przeciętny mieszkaniec tego kraju, ...o co chodzi?)

Na lotnisku spędzamy nockę. Rano przyjeżdża reszta ekipy (Mali, Kacper, Jumbo, Fiemka, Heniu i Słoweniec Madej) Lecimy do Tamworth takim śmiesznym kukuruźnikiem. Logujemy sie w Hotelu Imperial - wygląda jakby czas stanął w nim jakieś 30 lat temu.

Drugiego dnia oczywiście pogoda do kitu. Mali marudzi i chodzi lekko "podenerwowany" Wieczorem zaklinamy pogodę... do 5.30 rano

Ranek trzeciego dnia wita nas całkiem niezłą aurą, trochę wybudowane kongestusy nie powstrzymują nas. Latamy w pobliżu górki. Patrząc na minę Malego, można już wywnioskować że jest dyskretnie pobudzony. Koniec marudzenia, miło jest patrzyć jak mój Stratusik żwawo śmiga nad głową.

Dzień czwarty, rano niebo bezchmurne dobrze wróży. Śniadanko i na start. Szybko przygotowuje sprzęt, Robert ustawia mi GPSa i... Pierwszy startuje Kacper, widzę że terma "wyrywa z butów) Po starcie szybko robię wysokość i odchodzę na trasę za kilkoma glajtami, szybko ich doganiam i lecę z przodu, okazuje się że Jambo cały czas depcze mi po piętach ok. 60 km. mam kryzys rzeźbie jakieś bąble. Widzę jak nad głową przelatuje Jambo i paru innych pilotów. Robienie wysokości idzie mi dość mozolnie, ale sukcesywnie jestem coraz wyżej. Słysze przez radio meldunki chłopaków, jedynie Adaś się nie odzywa. Słysze też Henia który ma ok. 20 km. straty, Mniej więcej na 70km spotykam zaparkowanego Jamba. Lece dalej ok. 100 Spotykam Norweskiego Pilota i lecimy razem z 20 km, trafiamy na trudny moment, schodzimy do parteru próbujemy kręcić jakieś "Pierdy" ale nic nie chce konkretnie wydać, po jakimś czasie Norweg ląduje, mi udaje sie wykręcić jakieś 100m. Widzę nad moim Stratusem pięknego drapieżnika kręcę z nim aż do podstawy i każdy obiera swój kierunek.

Chmury budują się coraz większe i zakrywają większość nieba, tracę chęci rozglądam się po niebie i widzę nad sobą Henia ,jest nowa motywacja, melduje się przez radio, od tego momentu lecimy razem. Heniu nie dokręca i oddaje dalej, tak przez parę kominów. Leci bardzo ładnie, jak po sznurku. ledwo za nim nadążam. Nowy sprzęt mu nieźle spasował. Około 190 km nie ma już praktycznie dokąd lecieć, jedyne wyjście to skręcić na N, gdzie widać plamę słońca na ziemi, chłopaki przez radio meldują żeby tam nie lecieć, bo w promieniu 30km nie ma drogi. na nasze szczęście promienie słońca robią swoje, coś mamy Heniu znajduje lepsze noszenie i tracę go z oczu, kręcę jakieś zera po jakimś czasie znajduję rdzeń i robię chmurę, z meldunków wiem że Heniek jest już 5km przede mną. Teraz już wiadomo że to koniec, pozostaje tylko dryf z wiatrem szukając jak najlepszej drogi, na 10km przed końcem spotykam wspólnika lecimy do końca razem. Heniu ląduje na 253km mnie udaje się urzeźbić jeszcze 2.

Kolejny ranek wita nas dość smutno, woda kapie z dziurawego dachu po środku pokoju.
Nie wygląda to zbyt dobrze. Nasz Przelot okazał się najdłuższym wczorajszego dnia.

Dzień 6

Oczywiście o lataniu możemy zapomnieć wybieramy się na wycieczkę, Fiemka już nie może wysiedzieć w Manilli, Obszedł już wszystkie ciekawe miejsca. Jedziemy nad jezioro aby zobaczyć żółwie i kangury. Przy brzegu spotykamy ogromne ryby ale po żółwiach ani śladu. Spotykamy Kangury, Fiemka jest kontent.

Kolejnego dnia jedziemy w stronę Oceanu, krótka wizyta w lesie deszczowym atak pijawek i dalej na wybrzeże. Ocean jest piękny, fala, surferzy, Adaś i Fiemka zażywają kąpieli, choć nieźle piź... Ogromny deszcz ledwo udaje nam się wykaraskać samochodem na grań gór wododziałowych.

Wtorek

Kacper zdobył drugą nagrodę World Press Foto!!!

Wczorajszy opad w rejonie naszego pobytu nad oceanem okazał się rekordowym. Pogoda daje pewne nadzieje, jest task. Przyjechała telewizja Discovery, oczywiście nie lecimy w kierunku pięknych cumulusów. Musimy przecież przelecieć kilka razy przed kamerą. Startuje i po kilku minutach latania w gąszczu szmat decyduję się na oblot górki, nie jest to zbyt dobra decyzja po paru min jestem na ziemi. Niebo wygląda coraz gorzej, szybko wracam na górę, start i po zrobieniu wysokości słyszę że task jest przerwany- burza. Kacper z Tomem polecieli wcześniej w innym kierunku ale ich też dorwał deszcz.


Czwartek

Mamy taska ale punkt zwrotny oddalony jest o 60km prosto pod wiatr. Start pod wielkim kongestusem, mam niezły dylemat. Kilku pilotów decyduje się na start m.in. Mali, ja się waham ale w końcu odpalam, wykrętka pod chmurą i skok do przodu pod kolejnego kongestusa, masakra, zaczyna padać naprawdę rzęsisty deszcz, jestem cały przemoczony, lecę na 3/4 beli zakładam klapy bo ciągnie jak fiks, W końcu uciekamy z pod prysznica, kilka kominów ale przesuwamy się bardzo powoli z boku widzę kolejną mocno wybudowaną chmurę, słysze Malego który klnie, że kolejny raz jest nad kurzą fermą, chmura zbliża się i widać kolejny opad postanawiam odpuścić. Ląduję na 11km Mali i kilku Pilotów również. Wieczorem okazało się że najdłuższy dystans to 14km. (aby task był ważny 16 pilotów musiałoby przelecieć 30km.)

Piątek

Liczymy na super dzień, niestety rano już widać że'"marne szanse" na cokolwiek. Robię zdjęcie zaprzyjaźnionemu kangurowi.

Sobota

Wygląda na to że polatamy.

Startuję jako jeden z pierwszych, ale nie mogę jakoś wycentrować komina. Inwersja puszcza na jakieś 400m nad start lecę po grani na N ale mam totalną wtopę łapie jakieś bąble, postanawiam wrócić nad start, gdzie Piloci już wykręcają się dość wysoko. Udaje się zrobić z 600m nad start i ponownie uderzam na N Słyszę w radiu Kacpra, Malego i Fiemkę okazuje się że wszyscy jesteśmy w pobliżu, tylko Heniu pociął do przodu ma przewagę 8km. Po krótkiej rozmowie z grupą ustalamy że lecimy prosto pod ogromną chmurę z której w odległości 10km leje jak z cebra Lecimy razem z Malim brzegiem praktycznie potężnego kowadła po ok. 60 km. mówię Malemu że lepiej będzie odbić na NE w stronę wyizolowanego cumulusa, w oddali majaczy nam niezły szlak, ale dzieli nas od niego jakieś 40km. Burza rozprzestrzenia się coraz bardziej przed sobą widzę kilka glajtów które ciągną nadal skrajem,

Fot. Kacper Kowalski

Postanawiam odbić na E, pod wcześniej zauważonego Cu, Mali i Sesilio podąża za mną. Trochę żałuje że odbiliśmy na N widać szlak ale jest on tak blisko burzy. Po paru chwilach Mali melduje że widział właśnie pioruna, uff moja decyzja była ok. Spadam niżej i zaczynam szukać noszeń Mali i Sesilio doganiają mnie są kilkaset m nade mną znajdujemy komin i dzida, lecimy z Malim razem on z prawej ja z lewej, Hiszpan kontroluje sytuację z tyłu wlatujemy pod dość rozbudowane cu, burza ciągle zbliża się w naszym kierunku nie mogę trafić nic konkretnego, Mali melduje że ma 3m lecę w jego kierunku szukam ale nic, w miedzy czasie niebo zaciąga się i odcina dopływ słońca, moja sytuacja jest coraz gorsza widzę dwa glajty kilkaset m. nade mną, lecę w kierunku ostatniej plamy słońca, Mali z góry obserwując moje położenie mówi że w pobliżu tyko góry i las, nie ma miejsca do lądowania o zwózce nie wspomnę, nagle zauważam krążącego ptaka podlatuję i mam meterek, jestem uratowany, gonię Chłopaków którzy już na wschodnim brzegu chmury znaleźli noszenie. Dalej mamy dość duży przeskok a Piękny szlak staje się coraz bliższy, Słysze Kacpra który poszedł szlakiem z pod którego wcześniej uciekliśmy jest już na ziemi. Podlatujemy pod chmurkę, ale nosi dość marnie tracimy dużo czasu jakoś dokręcamy podstawę i lecimy dalej, do szlaku zostało nam kilkanaście km, niestety jesteśmy coraz niżej a noszeń brak. Podążamy z Malim w odległości 200m penetrujemy teren Hiszpan cwanie został z tyłu. Wojciech mówi że Sesilio leci po zwycięstwo, w pewnym momencie jesteśmy już zbyt nisko, każdy szuka swojego noszenia, upragniony szlak jest w odległości 3km, coś mam ale zbyt słabe aby się wznosić. Przylatuje Hiszpan jest ze 100m wyżej i coś kręci ja niestety tylko obserwuję jak mi odchodzi, Mali melduje że już ląduje, ciągle walczę raz 10m wyżej raz niżej trochę dryfuje z wiatrem i zbliżam się do cumulusa, w końcu trafiam centrum noszenia i powoli ale skutecznie wykręcam się pod podstawę, teraz skok pod piękną upragnioną "autostradę", szybko robię podstawę. Wciskam belę na 3/4 i tnę po prostej, na budziku 65-70 na h. Słysze że Mali jest już w samochodzie i razem z Kacprem i Fiemką dopingują mnie. Mam poważne obiekcje, szlak pod którym jestem jest dość mocno wybudowany, widzę nawet przed sobą opad ale mam na szczęście ekipę na ziemi Chłopaki mówią że jest ok. Tak na beli po prostej przelatuję 60 km to najszybsze 60 km w moim życiu o 6.30 (limit czasowy taska)chcę lądować, mam ok 170km. ale Mali i Kacper mówią że jak teraz wyląduje to zawracają i będę musiał wracać stopem, no cóż mocne argumenty robią swoje, podkręcam jeszcze parę noszeń - są coraz słabsze. Motywacja swoje, ale muszę lecieć nad ogromny las, bez jakiejkolwiek łączki jestem coraz niżej chłopaki są w miasteczku po prawej tam też jest ostatnia szansa na lądowanie decyduję się kończyć. Ląduje na łące koło samochodu. Kacper daje mi zimnego browara, chłopaki mówią że wygrałem. Powrót przebiega bardzo szybko za kierownicę siada Mali, Sumo nasz kierowca jeszcze w życiu nie śmigał tak szybko samochodem po Australii. Przyjeżdżamy do biura zawodów w 2h. Tam już wszyscy czekają. Mój dzielny Stratus leży zwinięty w różyczkę w bagażniku, mam nadzieję że się nie obrazi. Naszemu teamowi i mi, udało się zająć 1 miejsce, Mali 4, Kacper 13

Na rozdaniu nagród chcieli abym coś powiedział od siebie, więc im powie...zaśpiewałem "Hej gronicki gronicki". Organizator powiedział że to była najlepsza przemowa jaką w życiu słyszał.

Wyniki zawodów www.xc-open.org/index.php?option=com_content&task=view&id=76&Itemid=86

Nidziela

Dzisiaj wracamy, oczywiście pogoda jak drut. Wyglądam trochę marnie, muszę poskładać skrzydło i spakować wszystko, będzie ciężko.

Paweł Faron