poniedziałek, 15 czerwca 2009

PWC Francja

Na miejsce dotarliśmy w sobotę rano, rozłożyliśmy graty i ruszyliśmy na start dzień treningowy.
Przepiękna okolica, ( jezioro w kolorze bluee..... otoczone stromymi górami)
Po całonocnej jeździe, nie mam zbyt wiele siły. Postanawiam oblecieć jeziorko w koło. Po starcie i wykrętce widzę z tyłu Mt. Blanc, cały biały (4807 mnpm najwyższy szczyt Euro) troche burzy mi się plan lotu, ale po chwili decyduje się na oblot wkoło jez.
Początkowo piękne skały po stronie W jazda po prostej potem przeskok przez dolinę, nad krawędzią jez na drugą stronę doliny tam wbijam się dość nisko ale wszystko działa jak w książce
Znowu po grani co ciekawe okazuje się że zarówno E jak i W strona nosi znakomicie lecę wzdłóż potem przeskok i jestem znowu nad startem dolot do lądowiska ok, 3 h w powietrzu dość.

Niedziela- pierwszy dzień zawodów rozpisują trasę taki zygzak ok 60 km. Niestety warun jest cienki i na dodatek zbliża się do nas front od NW na start wpuszczają wg. literek kwalifikacyjnych. Katastrofa stoję w upale ok h. gotowy do startu masakra (myślałem że może będzie moment że się komuś nie będzie chciało startować i wskoczę jakoś wcześniej (dupa)
No w końcu dochodzą do lit D takową posiadam. W powietrzu jest już ok. 60 pilotów, min Łosoś który walczy ze swoim glajtem gdyż przed startem zmienialiśmy podwiązanie sterówek i niestety coś przeoczyliśmy. po paru min ląduje. Czas jest liczony indywidualnie, ale od razu widać że trzeba się śpieszyć i gonić czołówkę bo niebo zaciąga się dość szybko lecimy najpierw na pt oddalony ok. 15 km na NE wbijam się w zbocze, niestety poniżej podnóża skał i tu pierwsza postojówka. Powoli robimy wysokość lecę w grupie 7 glajtów potem idzie doskonale, nadrabiamy stratę, wbijam się skały nad lądowiskiem wiatr wzmaga się, niebo zaciąga się chmurami zmierza ku nam opad, ale mamy jeszcze trochę czasu, robimy pt nad środkiem jeziora i ponownie na N tym razem po skałach nad samym brzegiem działają super część grupy poleciala odcinek tylnią granią, na wys Annecy wieje już bardzo mocno (ok 30 km/h) pozostaje do zrobienia pt na płaskim oddalony od grani 3km, robię wysokość i lecę ale wiatr jest coraz mocniejszy widzę pierwszą grupę która wbiła się już po zrobieniu felernego cylindra w tylnią grań. Moment zastanowienia i podejmuję decyzję że wracam na tą ktorą przyleciałem, tym sposobem jeśli uda mi się dolecieć do niej rysnę ich, ale (czy zawsze musi być ale)
Lecę z gościem na U4 on jest z 50 m wyżej trochę z tyłu pełna bela i ... ok 500 m przed wpadam w wiatr 40-50 km na h na pełnej beli mam jakieś od 5 -15 na h, masakra trochę rzuca ale ciągle lecę do przodu co będzie przy skałach w końcu dobijam się do nich ale tam wiatr ześlizguje się po niej ciągle nie mogę przebić się na nawietrzną, gość nade mną już jest brakuje mi może 50m gdy dostaje w końcu Tą bombę spadam ok 50m i teraz już wiem że nie mam szans po odpuszczeniu beli lecę w tył za mną masakra muszę wcisnąć znów fula, na szczęście silny wiatr stłumił termę i daje jakoś radę oddalić sie od grani ląduje na łące gdzie czeka już na mnie 15 pilotów którzy obserwowali moje wyczyny klepia po ramieniu i mówią że fajne małe acro.
Dojeżdżamy na lądowisko i tam okazuje się że cała grupa lecąca tylnią granią doleciała i mój kolega na U4 też, ale task został anulowany, z powodu złej pogody. Na mecie była takrze Klaudia, Bartek, i nasz X Alpowiec Filip na swoim nowiuśkim Bumie 6
Fajnie bo to dobrze wróży, chyba szmatka mu siadła, w zawodach uczestniczy kilku X Alpowców
Heli, Coconea,Roni, Filip całkiem nieżle przynich wypada.

Wtorek
Od rana niebo totalnie zasnute niskimi chmurami, wszędzie mgły, ale prognozy glosiły poprawę od południa. 11.30 Wyjeżdżamy na start, tutaj siedzimy ok. 2 h. W końcu mamy task najpierw 66 km. potem skrócony do chyba 55.
Oczywiście czekam na swoją kolejkę, na szczęście nie jest tak upalnie i starty idą dość sprawnie.
Cylinder startowy otwiera się o 16,45 po starcie szybko lecę w jego kierunku mam opóźnienia 30 min ale jestem przed cyl 10 min. jest ok robię wys. do pierwszego pt lecę powiedzmy ze stratą 2min, ale po zrobieniu wysokości decyduje się jak zwykle na samotny lot w kierunku drugiego cyl. wszyscy lecą trochę okrężną drogą w kierunku dobrze oświetlonych skał. Ja zauważam że zmienił sie troche kierunek wiatru i wieje w taki sposób że wydaje mi się że uda mi się na zaglu skrócić drogę co dało by oczywiście pewną przewagę, niestety okazuje się że nie wieje idealnie i robienie wysokości zajmuje wiecej czasu niż się tego spodziewałem, ale jakimś cudem udaje mi się przeskoczyć przełączkę dzielącą dwie granie, wlatuję na niby nawietrzną a tu nic widzę Urbana Walicza który wymyślił jeszcze wolniejszy patent w koncu dobijamy do skał nad którymi krąży chyba ze 100 glajtów tylko że ok 500 m wyżej mozolnie robią wysokość, cirrus zakrył całe niebo i terma siadła prawie do 0 bardzo powoli troche na żaglu trochę na bąblach zdobywamy wys. U podstawy tniemy już na termicznym zaglu wzdłuż skał w kierunku następnego pt.
Po zrobienu są dwie opcje przeskoczyć od razu na druga stronę jez(ale dość ostro pod wiatr) lub polecieć po skałach (wersja dłuższa w km)tą samą stroną i uderzyć na pt po najkrótszej drodze przez jez. z bocznym wiatrem. Częśc zawodników wybiera na skuskę m in Łosoś , ja natomiast wybieram dłuższą ale pewniejszą. Wieksza częć zawodników lecących na skuśkę zrobiła pt i wróciła z wiatrem w kierunku takiej "płetwy skalnej na której był żagiel jedyna opcja na wykretkę, bo niebo już całkiem zasnute. Mojej małej grupce udaje sie skok i nawet troche nadrabiamy ale na płetwie nie ma już ani troche termy, rzeźbimy na zaglu ok 30 paralotni. Nie udaje nam się już zrobić takiej wysokości jaką miała grupa przed nami decydujemy się na skok przez jez w kierunku ostatniego pt. Większ acześć grupy decyduje sie na skok pod kątem prostym na drugi brzeg w kierunku skał a ja i jeszcze kilku gości przedemną lecimy prosto w kier. na pt po drugiej stronie jez, po drodze widzimy że nasz pomysł okazał się troszkę lepszy bo uwiosłowaliśmy ze 2 km dalej niż reszta ale i tak wylądowaliśmy na ladowisku nie zal ostatniego cyl. po tym mieliśmy już 10 km z mocnym wiatrem na metę.
Okazalo się że trasę zrobił tylko 1 pilot Hiszpan, reszta padła pare km przed nie mam pojęcia ktory jestem ale myśle że ok połowy stawki.
To tyle z dzisiaj idę jeszcze na chwilę na imprezkę i spać. Jutro ma być mega warun
Pozdrowienia dla wszystkich czytających również od Tomka Pankiewicza naszego byłego kadrowicza lata z nami i wraca do formy.

Czolem
Dzisiaj miał być mega ale było lekko średnio
Początkowo rozpisali task 72km ale po długim oczekiwaniu zmienili na 49 km i indywidualny czas, Start miałem fatalny myślałem że wyląduje ale po dlugich męczarniach udało mi sie wykręcić. Do okna startowego wszedłem dość wcześnie z planem go opuszczę i wejdę jeszcze raz, ale wykrętka szła tak słabo że stwierdziłem że pewnie i tak nic z tego dnia nie będzie postanowiłem lecieć i to był błod po może 30 min terma działała już zajefajnie, dalej szło całkiem nieżle ale moje wczesne wejście do cyl zaważyło na wszystkim na koniec zrobiłem jeszcze jeden błąd, nie wieżyłem że z wysokości skał dolnego startu da się przelecieć 10km do mety gps pokazywał dosk 16 zostałem na skałach 10 min i zrobiłem 100m wys na mete przyleciałem oczywiście 100m nad wszystkimi a grupka leciałem przyleciała 10 min przed na 20 metrach nad ziemią. Kiedy wreszcie zrobie coś mądrego na trasie- chyba nigdy. może to czas aby odpuścić zawody.

czwartek
To była najdurniejsza decyzja jaką podjąłem nie pisze już wiecej dałem dupy po raz enty.
Przepraszam wszystkich czytających.

wtorek, 19 maja 2009

Pre Euro Championship Abtenau 2009



Do Abtenau dotarłem wraz z Karoliną, Bartkiem i Klaudią zaraz po zakończeniu Mistrzostw Czech, nie pisałem o nich ponieważ nie miałem dojscia do internetu. Znaleźlismy mieszkanko, dolączył do nas luzak z Portugalii Claudio. W niedzielę rano do kościółka a potem na start.
Wywieźli nas na górkę o przewyższeniu 800m w pobliżu Dachstein, dzień treningowy, początkowo cumulusy były na wys 2800m ale po 2 h już na 3600, Piękne widoki niestety w pobliżu Szczytu wiatr wiał z siłą 50km/h, wolałem nie podlatywać blisko.
Pierwszego dnia zawodów część pilotów pojechała na wycieczkę do Salzburga a pozostali probowali polatać pomiędzy opadami.
Dzisiaj jesteśmy już po 3h oczekiwaniu na starcie, zaczęła się impreza, wsuwamy potrawy z grila, naprawdę do syta i smacznie, Mam nadzieję że jutro pójdzie task, przynajmniej prognozy są optymistyczne.

20.05.2009
Poszedł task.
Nie mogę powiedzieć że był dla mnie szczęśliwy, Zaraz po starcie duży krawat kilka zwitek w spirali udało, mi się wyciągnąć kawałek za luźne linki, po tem już dało się utrzymać kierunek, powoli rozłożyłem skurczybyka. Straciłem trochę psychacza, dalszy lot przebiegał w miare spokojnie, niestety leciałem już powoli, wyników jeszcze nie ma , ale myślę że bedę ok. 50.
Po pierwszej konkurencji jestem 64.(można powiedzieć żem jest dupa)

21.05
Oczywiście start znowu zepsułem, tym razem 14min przed otwarciem okna byłem wśród 4 pilotów na 3500 reszta krążyła mozolnie pod nami, wpadłem na "świetny" pomysł że znajdę następny jak wcześniej- niestety.
Otwierałem trasę 1000m pod wszystkimi total kanał. szkoda że nie zrobiłem zdjęcia 130 szmat w jednym kominie pod chmurką, Postanowiłem że skoro jestem już takiej dupie nawet nie mając dolotu do następnej grani, poleciałem na dużym ryzyku, ale o dziwo coś tam zadziałało i powoli zrobiłem wysokość i gaz na punkt. Mając ok 4 km do p za Dachsteinem mijali już mnie pierwsi zawodnicy, lecący zpowrotem w kierunku ost. p. Po zaliczeniu cylindra wiedziałem że jeśli polecę za resztą to na mecie będę ok. 60,70 miejsca i znowu postanowiłem zaryzykować rzuciłem się na skuśkę przez płaskowyż Dachsteina i w miarę to działało nadrobiłem ok 5km do czołówki troche niepotrzebnie kręcilem komin przed ost p. bo na metę doleciałem mając 700m ale to już szczegół. Wyników jeszcze nie ma ale chyba będzie lepiej niż wczoraj.
Nie było zle byłem 35 ale to liczenie pt. jest dziwne, chociaż sprawiedliwe bo cała trase byłem z tyłu tylko na koniec podgoniłem, wiec nie dostałem pt za aktywność.
Doskonale spisuje się nasz kolega z Portugalii Claudio po 2 taskach jest 4,
1 Durogati A
2 Druin S
3 Savov J
4 Claudio Virgilio !!!

Nam niestety idzie marnie
chociaż patrząc na latanie Bartosza myślę że za rok może dwa bedziemy mieli komu kibicować. Kolega Bartek powiedział że lata dopiero 2 lata i już walczy jak stary zawodnik. choc jego psycha i cierpliwość jest bardzo słaba, na szczęście Klaudia go prostuje.
Wieczorem do Abtenau dotarli moi Ziomale, Saper, Gaździna i Kleja z Ewą. Aga zrobiła dwa piekne przeloty w Tolminie

Poszła konkuręcja wiało raczej bardzo mocno momentami pod wiatr stało się w miejscu.
Trasę rozłożyli jak na takie warunki bardzo dobrze. Jako start ustawili cylinder oddalony pod wiatr jakieś 1500 m na tym odcinku straciłem jakieś 800m, potem nie miałem już wyboru znalazłem się na srodku doliny gdzie wiało jak fiks na szczęście zlapałem jakieś szarpnięcia zdryfowalem w nich nad taką górkę na której opierał się wiatr jazda na maxa 50m nad glebą ,pode mną z prawej druty z wysokim nap.troche na żaglu trochę na termie wyrzeźbiłem jakieś 150m i odszedłem w prawo na mocno nasłonecznione zbocze na zawietrznej w karkołomnym kominie wyjechałem w końcu na dużą wysokość, wszystko trwało ok. 40, 50 min.
Czołówka oczywiście mi odleciała, dalej szlo mi juz całkiem nieźle, regularnie kominy odchodziły z nawietrznych stron grani, Raz wyjechałem prawie na 3 tys i z wiatrem bez spida miałem 89km/h . wykręciłem ostatni i ruszyłem w stronę mety wario pokazywało dosk. 8 a że było z wiatrem stwierdziłem że dolecę bez problemu.na 4 km przed metą dostałem poważną niesygnalizowaną bombę spadłem ze 100m i nagle mój dolot diabli wzięli ponieważ przede mną była grań której z tej wys nie byłem w stanie zrobić, grzecznie zawróciłem w parę min potem wylądowałem na eleganckiej łące, kolega który leciał za mną oczywiście doleciał. Ale jest też dobra wiadomość, mój wspólnik z pokoju Claudio Virgilio po tym tasku wejdzie chyba na 1 miejsce. Na mecie było 26.
Bartek po tasku straszniie się zdenerwował i razem z Klaudią piszą protest. Czyżby Bartek przejął pałeczkę po Malim.
Claudio jest pierwszy rysnął Jasena tylko o 1 pt. no to pijem.

Dzisiaj rano tj w niedziele Potwierdzamy wiadomość za 0.5h będzie rozdanie nagród Walter jeszcze o tym nie wie ale jego "teamowy" Claudio wygrał m.in dzieki wariometrowi oczywiście firmy Flymaster. Mam nowe wiad Firma wypuszcza za ok. miesiąc nowy model połączenie waria z gpsem.

Dobra a teraz nie o lataniu. W pon była niezła imprezka Jasen miał urodziny
we wt. porawka.
Sroda i czartek latanie, wieczorem znowu impreza, pt odwiedzamy targi paralotniowe, tam spotykam Polaków: szkołe Witka Sasa, Ewe Wiśnierską, i kolegow Claudio, cały team Fly Master. Claudio co dzień rano wita nas po polsku dziendobry, przed obiadem mówi I must say somethink ... śmaćnego. mówi że jesteśmy PO team. Generalnie to niezły jajcarz.

Po team

poniedziałek, 9 lutego 2009

Wyprawa Australia - Manilla


Decyzje o wyjeździe podjąłem dość późno i oczywiście załatwienie spraw pochłonęło wiele nerwów i energii.

Z Żywca wyjeżdżam z Adasiem „Foremanem” (Latocha) Pierwsza faza, to dostać się do Londynu stamtąd do Sydney. Mamy wykupiony bilet na tanie linie lotnicze z Katowic.

Z wiadomości dowiadujemy się coś o śnieżycy w Londynie, ale jesteśmy dobrej myśli, w końcu to Londyn, tam śnieg się długo nie utrzyma. W momencie kiedy mamy wsiadać do samolotu lot zostaje odwołany.

Dzwonie do Szwagra i do Malego czy jest jakiś inny lot do królestwa Elzy. Mali nie odbiera a szwagier znajduje połączenie, ale mamy do odlotu z Krakowa! 1.45 h . Szybka decyzja i gaz do dechy. Do Balic docieramy na pięć min przed zakończeniem odprawy.

W Londynie gości nas Paweł z Grupy 303. Mała wódeczka trochę wspomnień, gadki o rożnych sprawach. Okazuje się, że Paweł to nie tylko bardzo utalentowany pilot, ale i artysta, mistrz kamienia. Spędzamy tam nockę, a rano docieramy na lotnisko furą Pawła.

Lecimy do Abu Dhabi przesiadka i dalej do Sydney.

Tutaj oczywiście też nie obchodzi się bez problemów. Pani przy odprawie Paszportowej kieruje mnie do urzędu emigracyjnego.

Po około 0.5h okazuje się, że się pomyliła, myślała że jestem Filipińczykiem (no przecież wyglądam jak przeciętny mieszkaniec tego kraju, ...o co chodzi?)

Na lotnisku spędzamy nockę. Rano przyjeżdża reszta ekipy (Mali, Kacper, Jumbo, Fiemka, Heniu i Słoweniec Madej) Lecimy do Tamworth takim śmiesznym kukuruźnikiem. Logujemy sie w Hotelu Imperial - wygląda jakby czas stanął w nim jakieś 30 lat temu.

Drugiego dnia oczywiście pogoda do kitu. Mali marudzi i chodzi lekko "podenerwowany" Wieczorem zaklinamy pogodę... do 5.30 rano

Ranek trzeciego dnia wita nas całkiem niezłą aurą, trochę wybudowane kongestusy nie powstrzymują nas. Latamy w pobliżu górki. Patrząc na minę Malego, można już wywnioskować że jest dyskretnie pobudzony. Koniec marudzenia, miło jest patrzyć jak mój Stratusik żwawo śmiga nad głową.

Dzień czwarty, rano niebo bezchmurne dobrze wróży. Śniadanko i na start. Szybko przygotowuje sprzęt, Robert ustawia mi GPSa i... Pierwszy startuje Kacper, widzę że terma "wyrywa z butów) Po starcie szybko robię wysokość i odchodzę na trasę za kilkoma glajtami, szybko ich doganiam i lecę z przodu, okazuje się że Jambo cały czas depcze mi po piętach ok. 60 km. mam kryzys rzeźbie jakieś bąble. Widzę jak nad głową przelatuje Jambo i paru innych pilotów. Robienie wysokości idzie mi dość mozolnie, ale sukcesywnie jestem coraz wyżej. Słysze przez radio meldunki chłopaków, jedynie Adaś się nie odzywa. Słysze też Henia który ma ok. 20 km. straty, Mniej więcej na 70km spotykam zaparkowanego Jamba. Lece dalej ok. 100 Spotykam Norweskiego Pilota i lecimy razem z 20 km, trafiamy na trudny moment, schodzimy do parteru próbujemy kręcić jakieś "Pierdy" ale nic nie chce konkretnie wydać, po jakimś czasie Norweg ląduje, mi udaje sie wykręcić jakieś 100m. Widzę nad moim Stratusem pięknego drapieżnika kręcę z nim aż do podstawy i każdy obiera swój kierunek.

Chmury budują się coraz większe i zakrywają większość nieba, tracę chęci rozglądam się po niebie i widzę nad sobą Henia ,jest nowa motywacja, melduje się przez radio, od tego momentu lecimy razem. Heniu nie dokręca i oddaje dalej, tak przez parę kominów. Leci bardzo ładnie, jak po sznurku. ledwo za nim nadążam. Nowy sprzęt mu nieźle spasował. Około 190 km nie ma już praktycznie dokąd lecieć, jedyne wyjście to skręcić na N, gdzie widać plamę słońca na ziemi, chłopaki przez radio meldują żeby tam nie lecieć, bo w promieniu 30km nie ma drogi. na nasze szczęście promienie słońca robią swoje, coś mamy Heniu znajduje lepsze noszenie i tracę go z oczu, kręcę jakieś zera po jakimś czasie znajduję rdzeń i robię chmurę, z meldunków wiem że Heniek jest już 5km przede mną. Teraz już wiadomo że to koniec, pozostaje tylko dryf z wiatrem szukając jak najlepszej drogi, na 10km przed końcem spotykam wspólnika lecimy do końca razem. Heniu ląduje na 253km mnie udaje się urzeźbić jeszcze 2.

Kolejny ranek wita nas dość smutno, woda kapie z dziurawego dachu po środku pokoju.
Nie wygląda to zbyt dobrze. Nasz Przelot okazał się najdłuższym wczorajszego dnia.

Dzień 6

Oczywiście o lataniu możemy zapomnieć wybieramy się na wycieczkę, Fiemka już nie może wysiedzieć w Manilli, Obszedł już wszystkie ciekawe miejsca. Jedziemy nad jezioro aby zobaczyć żółwie i kangury. Przy brzegu spotykamy ogromne ryby ale po żółwiach ani śladu. Spotykamy Kangury, Fiemka jest kontent.

Kolejnego dnia jedziemy w stronę Oceanu, krótka wizyta w lesie deszczowym atak pijawek i dalej na wybrzeże. Ocean jest piękny, fala, surferzy, Adaś i Fiemka zażywają kąpieli, choć nieźle piź... Ogromny deszcz ledwo udaje nam się wykaraskać samochodem na grań gór wododziałowych.

Wtorek

Kacper zdobył drugą nagrodę World Press Foto!!!

Wczorajszy opad w rejonie naszego pobytu nad oceanem okazał się rekordowym. Pogoda daje pewne nadzieje, jest task. Przyjechała telewizja Discovery, oczywiście nie lecimy w kierunku pięknych cumulusów. Musimy przecież przelecieć kilka razy przed kamerą. Startuje i po kilku minutach latania w gąszczu szmat decyduję się na oblot górki, nie jest to zbyt dobra decyzja po paru min jestem na ziemi. Niebo wygląda coraz gorzej, szybko wracam na górę, start i po zrobieniu wysokości słyszę że task jest przerwany- burza. Kacper z Tomem polecieli wcześniej w innym kierunku ale ich też dorwał deszcz.


Czwartek

Mamy taska ale punkt zwrotny oddalony jest o 60km prosto pod wiatr. Start pod wielkim kongestusem, mam niezły dylemat. Kilku pilotów decyduje się na start m.in. Mali, ja się waham ale w końcu odpalam, wykrętka pod chmurą i skok do przodu pod kolejnego kongestusa, masakra, zaczyna padać naprawdę rzęsisty deszcz, jestem cały przemoczony, lecę na 3/4 beli zakładam klapy bo ciągnie jak fiks, W końcu uciekamy z pod prysznica, kilka kominów ale przesuwamy się bardzo powoli z boku widzę kolejną mocno wybudowaną chmurę, słysze Malego który klnie, że kolejny raz jest nad kurzą fermą, chmura zbliża się i widać kolejny opad postanawiam odpuścić. Ląduję na 11km Mali i kilku Pilotów również. Wieczorem okazało się że najdłuższy dystans to 14km. (aby task był ważny 16 pilotów musiałoby przelecieć 30km.)

Piątek

Liczymy na super dzień, niestety rano już widać że'"marne szanse" na cokolwiek. Robię zdjęcie zaprzyjaźnionemu kangurowi.

Sobota

Wygląda na to że polatamy.

Startuję jako jeden z pierwszych, ale nie mogę jakoś wycentrować komina. Inwersja puszcza na jakieś 400m nad start lecę po grani na N ale mam totalną wtopę łapie jakieś bąble, postanawiam wrócić nad start, gdzie Piloci już wykręcają się dość wysoko. Udaje się zrobić z 600m nad start i ponownie uderzam na N Słyszę w radiu Kacpra, Malego i Fiemkę okazuje się że wszyscy jesteśmy w pobliżu, tylko Heniu pociął do przodu ma przewagę 8km. Po krótkiej rozmowie z grupą ustalamy że lecimy prosto pod ogromną chmurę z której w odległości 10km leje jak z cebra Lecimy razem z Malim brzegiem praktycznie potężnego kowadła po ok. 60 km. mówię Malemu że lepiej będzie odbić na NE w stronę wyizolowanego cumulusa, w oddali majaczy nam niezły szlak, ale dzieli nas od niego jakieś 40km. Burza rozprzestrzenia się coraz bardziej przed sobą widzę kilka glajtów które ciągną nadal skrajem,

Fot. Kacper Kowalski

Postanawiam odbić na E, pod wcześniej zauważonego Cu, Mali i Sesilio podąża za mną. Trochę żałuje że odbiliśmy na N widać szlak ale jest on tak blisko burzy. Po paru chwilach Mali melduje że widział właśnie pioruna, uff moja decyzja była ok. Spadam niżej i zaczynam szukać noszeń Mali i Sesilio doganiają mnie są kilkaset m nade mną znajdujemy komin i dzida, lecimy z Malim razem on z prawej ja z lewej, Hiszpan kontroluje sytuację z tyłu wlatujemy pod dość rozbudowane cu, burza ciągle zbliża się w naszym kierunku nie mogę trafić nic konkretnego, Mali melduje że ma 3m lecę w jego kierunku szukam ale nic, w miedzy czasie niebo zaciąga się i odcina dopływ słońca, moja sytuacja jest coraz gorsza widzę dwa glajty kilkaset m. nade mną, lecę w kierunku ostatniej plamy słońca, Mali z góry obserwując moje położenie mówi że w pobliżu tyko góry i las, nie ma miejsca do lądowania o zwózce nie wspomnę, nagle zauważam krążącego ptaka podlatuję i mam meterek, jestem uratowany, gonię Chłopaków którzy już na wschodnim brzegu chmury znaleźli noszenie. Dalej mamy dość duży przeskok a Piękny szlak staje się coraz bliższy, Słysze Kacpra który poszedł szlakiem z pod którego wcześniej uciekliśmy jest już na ziemi. Podlatujemy pod chmurkę, ale nosi dość marnie tracimy dużo czasu jakoś dokręcamy podstawę i lecimy dalej, do szlaku zostało nam kilkanaście km, niestety jesteśmy coraz niżej a noszeń brak. Podążamy z Malim w odległości 200m penetrujemy teren Hiszpan cwanie został z tyłu. Wojciech mówi że Sesilio leci po zwycięstwo, w pewnym momencie jesteśmy już zbyt nisko, każdy szuka swojego noszenia, upragniony szlak jest w odległości 3km, coś mam ale zbyt słabe aby się wznosić. Przylatuje Hiszpan jest ze 100m wyżej i coś kręci ja niestety tylko obserwuję jak mi odchodzi, Mali melduje że już ląduje, ciągle walczę raz 10m wyżej raz niżej trochę dryfuje z wiatrem i zbliżam się do cumulusa, w końcu trafiam centrum noszenia i powoli ale skutecznie wykręcam się pod podstawę, teraz skok pod piękną upragnioną "autostradę", szybko robię podstawę. Wciskam belę na 3/4 i tnę po prostej, na budziku 65-70 na h. Słysze że Mali jest już w samochodzie i razem z Kacprem i Fiemką dopingują mnie. Mam poważne obiekcje, szlak pod którym jestem jest dość mocno wybudowany, widzę nawet przed sobą opad ale mam na szczęście ekipę na ziemi Chłopaki mówią że jest ok. Tak na beli po prostej przelatuję 60 km to najszybsze 60 km w moim życiu o 6.30 (limit czasowy taska)chcę lądować, mam ok 170km. ale Mali i Kacper mówią że jak teraz wyląduje to zawracają i będę musiał wracać stopem, no cóż mocne argumenty robią swoje, podkręcam jeszcze parę noszeń - są coraz słabsze. Motywacja swoje, ale muszę lecieć nad ogromny las, bez jakiejkolwiek łączki jestem coraz niżej chłopaki są w miasteczku po prawej tam też jest ostatnia szansa na lądowanie decyduję się kończyć. Ląduje na łące koło samochodu. Kacper daje mi zimnego browara, chłopaki mówią że wygrałem. Powrót przebiega bardzo szybko za kierownicę siada Mali, Sumo nasz kierowca jeszcze w życiu nie śmigał tak szybko samochodem po Australii. Przyjeżdżamy do biura zawodów w 2h. Tam już wszyscy czekają. Mój dzielny Stratus leży zwinięty w różyczkę w bagażniku, mam nadzieję że się nie obrazi. Naszemu teamowi i mi, udało się zająć 1 miejsce, Mali 4, Kacper 13

Na rozdaniu nagród chcieli abym coś powiedział od siebie, więc im powie...zaśpiewałem "Hej gronicki gronicki". Organizator powiedział że to była najlepsza przemowa jaką w życiu słyszał.

Wyniki zawodów www.xc-open.org/index.php?option=com_content&task=view&id=76&Itemid=86

Nidziela

Dzisiaj wracamy, oczywiście pogoda jak drut. Wyglądam trochę marnie, muszę poskładać skrzydło i spakować wszystko, będzie ciężko.

Paweł Faron